środa, 19 lipca 2017

Recenzja| "Powietrze, którym oddycha"




 Brittainy C. Cherry kusi mnie odkąd tylko pojawiła się na rynku książki. I choć wydarzyło się to już dawno temu, dopiero teraz mam okazję powiedzieć Wam, co sądzę o jej książce. Kiedy masz kwit, masz i poczucie, że żal nad pieniędzmi nie wchodzi już w grę. A wiąże się z tym to, że postanawiasz szaleć na całego i kupić wymarzone książki. Oczywiście chciałam poznać najsampierw słynnego Pana Danielsa, aczkolwiek dużo innych osób też chciało i ani jednej sztuki nie znalazłam na Znaku. Uznałam więc, że zacznę od serii Żywioły i tym oto sposobem oddałam w ofierze swoje serce megautalentowanej Brittainy.

Elizabeth z każdej strony jest ostrzegana przed Tristanem Colem – jej przystojnym, a zarazem dziwacznym sąsiadem. Pogłoski mówią, że jest gburem, chamem i najlepiej trzymać się od niego z daleka. Jego przeszłość wykreśliła jego przyszłość. Tym sposobem jego życie towarzyskie w nowym miasteczku dosłownie nie istnieje. Zrozumieć go może tylko Elizabeth, która ma podobną pustkę w sobie. Odkąd kobieta o mało co nie potrąca ukochanego psa Tristana, między dwojgiem doświadczonych ludzi, dochodzi do serii różnych wydarzeń. Dwie zranione dusze i potrzeba, by nauczyć się oddychać od nowa.

Kiedy płaczesz na zaledwie dziesiątej stronie książki i czujesz, że to historia tak bliska twemu sercu, jak żadna inna nigdy wcześniej – już wiesz. Powietrze, którym oddycha jest na mojej półce fenomenów. Zyskała miano „książki mojego życia” nie bez powodu.  Całkowicie pomijam w tym momencie bajkową okładkę. Jest w tej książce wszystko, ale bez zbędnego cukru. Wszystko, czego potrzebowałam i wszystko, co potrafiło poruszyć struny mojego serduszka (wiem, że piszę, jak nie ja) oraz przedostać się swoją głębią do szpiku kości. Strata bliskiej osoby, brak sensu, odrzucenie przez społeczność, odnajdywanie siebie od nowa – to jest w tej książce piękne. Przez nią pojechałam do pracy niewyspana, bo dosłownie nie mogłam się oderwać od historii Elizabeth i Tristana, i przez cały czas okłamywałam siebie, że przeczytam „tylko jeden, ostatni na dzisiaj rozdział”. Autorka wie jak manipulować czytelnikiem, ona nas uzależnia od swoich słów. Najgorsze jednak jest to, że nie da się jej dawkować – ja chciałam pochłonąć tę książkę od razu.

Problematyka pierwszej części Żywiołów jest nakreślona w sposób przemyślany, a także dosadny. Tristan Cole to nie potwór, o nie, to feniks tej powieści. Umarł wraz z bliskimi, aby na nowo narodzić się i poradzić sobie z tym cholernym życiem. Autorka poprowadziła ten wątek doskonale. Nie gnała na złamanie karku i nie sprowadziła nam gromu z jasnego nieba, w postaci miłości od pierwszego spojrzenia. Ból tej książki to jej autentyczność. Do naprawienia siebie i swojego życia, do pogodzenia się z nim potrzeba czasu. Tutaj ukazana była jedna z najbardziej wiarygodnych przemian, z jaką się zetknęłam.

Erotyka tej książki jest trochę punktem mojej fascynacji. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale jest w niej coś magicznego. Czułam iskry między stronami i to dosłownie. Specyfika tych sytuacji, słowa naszpikowane podwójnymi znaczeniami, aluzjami. Klimat tych scen był niepowtarzalny i mogę przesadzać, ale jestem pod wrażeniem subtelności i delikatności, z jakimi autorka przeprowadziła nas po intymności bohaterów.

Nie myślcie, że podeszłam „luźno” do tej powieści. O nie. Kiełkowały we mnie różnego typu obawy. Nie wiedziałam, czy spodoba mi się ta książka. Trzydziestolatkowie (w przybliżeniu, nie postarzajmy się) po przejściach, do tego masa słów uznania dla kunsztu pisarskiego Brittainy C. Cherry. Nie wiedziałam czy się nie zawiodę, bo taki zawód by bolał i to bardzo. Tymczasem wszystkie moje oczekiwania zostały spełnione. Mogę tylko powiedzieć, że było warto dla takiej wspaniałej książki wylać kilka słonych łez.

Jeśli szukacie historii, która Wami zawładnie i potrząśnie, to jest to. Brittainy C. Cherry stworzyła narkotyk doskonały, uwierzcie mi. Magia tej książki jest nieskończona, każdy gest i słowo w niej jest idealnie wyważone i znaczące. Powietrze, którym oddycha to jedna z tych powieści, która zakorzenia się i w sercu, i w głowie, nie pozwalając o sobie zapomnieć.
Polecam pełna zachwytu, Brittainy C. Cherry to moja Czarodziejka.


Tłumaczyła Katarzyna Agnieszka Dyrek
Brittainy C. Cherry, Powietrze, którym oddycha (seria: Żywioły), stron 402, Wydawnictwo Filia, 2016
★★★★★★★★★★
4

środa, 5 lipca 2017

Konkurs wakacyjny, do wygrania "Uratuj mnie" Anny Bellon lub "Prawda o dziewczynie" T.R. Richmond




Witajcie, Człowieki! :*

Z okazji najlepszej z najlepszych, a mianowicie wakacji, mam dla Was konkurs. Jak sami widzicie, blog jest prowadzony nieregularnie. Powodów jest kilka, ale jednym z nich, jest bardzo mała ilość czytelników. Do tej pory nie organizowałam żadnych konkursów, nawet z okazji urodzin bloga. Pomijając jeden, w którym osób zgłosiło się mniej, niż przewidywał regulamin. 
Natomiast teraz postanowiłam spróbować ponownie.

Do wyboru macie dwie lektury z banera konkursowego. Mi osobiście książki nie przypadły do gustu, ale może akurat ktoś z Was chciałby dostać jedną z nich w prezencie. Zachęcam, aby spróbować swoich sił! Wystarczy zgłosić się w komentarzu i spełnić poniższe warunki! J



REGULAMIN

1. Konkurs trwa od 05.05.2017 do 31.08.2017 (do 23.59).

2. Organizatorką konkursu jest autorka bloga Zjadam Szminkę

3. W konkursie mogą brać udział tylko osoby mieszkające w Polsce. Nie wysyłam książek za granicę.

4. Wyniki konkursu zostaną ogłoszone w ciągu trzech dni od zakończenia konkursu.

5. W komentarzu należy podać:
a)    swój e-mail;
b)   dodać bloga do obserwowanych
d)    wstawić u siebie na blogu/Facebooku w widocznym miejscu poniższy banner konkursu:



6. Nagrodą jest jedna z podanych książek:
„Uratuj mnie” Anny Bellon lub „Prawda o dziewczynie” T.R. Richmond
(Książki pochodzą z prywatnej biblioteczki – są w stanie bardzo dobrym)

7.  Nagroda wyłoniona zostanie metodą losowania. Do wylosowanej osoby wyślę maila, ale także ogłoszę wyniki na blogu.

8. Nagrody nie można wymienić na jej równowartość pieniężną.

9. Nagroda jest wysyłana na koszt organizatora.

10. Organizator zastrzega sobie możliwość wprowadzania zmian w regulaminie w trakcie konkursu.

11. Konkurs odbędzie się tylko, gdy zgłosi się minimum 15 osób.



Powodzenia! :)

PS. Konkurs miał zostać dodany już wczoraj, stąd nieprawidłowa data na banerze ;)
3

niedziela, 2 lipca 2017

Oleander, czyli "Chemik" Stephenie Meyer




Kilka lat temu światem „zawładnęła” popularna saga autorstwa Pani Meyer. Pamiętam, że byłam wtedy w podstawówce i mi, nawet jako małej dziewczynce, chciało się rzygać, gdy po raz kolejny spostrzegłam na ławce piórnik, a obok ławki tornister z wizerunkami głównych bohaterów „Zmierzchu”. Jestem zdania, że co za dużo to nie zdrowo (proszę, nie włączajcie przy mnie Despacito).

Nigdy nie miałam szaleńczego pociągu do sagi „Zmierzch”, ani też nigdy nie byłam zakochana w Edwardzie, co dziwiło wszystkie moje koleżanki. Nie czytałam żadnej z książek wspomnianej Autorki, a na film ledwie chciałam zerknąć. Gusta są różne i nie należy o nich, według powszechnej opinii, dyskutować. Wspominałam Wam już kilka razy, iż nie param się literaturą z gatunku fantasy i jest to jeden z dwóch powodów, przez które okropnie nie lubię tej sagi. Drugim powodem, wymienionym już wcześniej, jest oczywiście popularność.

Będąc szczerą, nie wiązałam zbyt dużych nadziei z Chemikiem, aczkolwiek moja ciekawska natura wzięła nade mną górę i tym sposobem, jestem w obecnej chwili bardzo mile zaskoczona.

Alex tak naprawdę nazywa się zupełnie inaczej, jednak w jej zawodzie imię i nazwisko jest niewiele znaczące, a znaczące zarazem tyle, że trzeba je systematycznie zmieniać. Według powszechnej informacji jest już martwa, choć ciągle się ukrywa przed wydanym na nią wyrokiem śmierci. Kiedy dostaje propozycję od byłych pracodawców zostaje zamieszana w ich zagmatwaną grę, która szybko okazuje się wierutnym kłamstwem. Teraz ma tylko dwa wyjścia: podjąć grę i spróbować odzyskać wolność lub zginąć.

Minimalistyczna oprawa graficzna oczarowała mnie swoją prostotą i chłodną kolorystyką, aż miło się patrzy na tak ładnie wykonaną okładkę. Mimo lakieru na strzykawce i wybrzuszonych literek, połączonych z wrażeniem, że ma się przed sobą książkę w odcieniu metalicznej szarości – nie ma wrażenia masła maślanego i przesadnego wkładu. Jedyne, co podoba mi się w stopniu średnim, to grzbiet. Przyznam, że objętość tej książki jest odrobinę przytłaczająca, ale (przynajmniej w moim przypadku) bardzo szybko się ona zmniejszała. Czcionce również nie mam nic do zarzucenia, a wręcz przeciwnie – bardzo ułatwiała mi czytanie.

Chemik to nabytek mojej siostry, ja sama raczej nie pokusiłabym się o zakup lektury w tematyce szpiegowskiej/sensacyjnej. Nie gustuję w książkach tego typu, dlatego moja opinia, to trochę przymrużenie oka na błędy, powielenia, a także nudę. Opinie są różne, a wnioski wyciągnęłam także na podstawie recenzji innych blogerów i vlogerów . Jednym ta książka przypadła do gustu, innym zaś nie. Wiele osób stwierdziło, że jest nudna i wlecze się niemiłosiernie, a ukazane w niej sytuacje są banalne i dawno temu przerobione na wszystkie sposoby.

Natomiast dla mnie, jako czytelniczki kompletnie zielonej w tym gatunku, książka wydała się kusząca i dosyć ciekawa. Nie od razu poczułam się dobrze i pewnie, wypływając na nieznane wody. Chociaż początki wcale nie były tak trudne, jak mogłyby się wydawać.


„Teraz była tą drugą, tą, którą w departamencie zwano Chemikiem, a Chemik był maszyną. Bezlitosną i bezwzględną. Jej własny potwór właśnie wyrwał się na wolność.”


Najbardziej nie lubię tej początkowej fazy rozpoznania książki, kiedy trzeba oswoić się z klimatem, sytuacją i językiem. Tutaj na początku trudno mi było zrozumieć niektóre rzeczy – sztuczki Alex – ale bardzo mi się podobały te pomysły. Czułam, że mogę dowiedzieć się bardzo dużo ciekawych rzeczy. Jestem taką osobą, którą to niezmiernie interesuje, więc starałam się jak najwięcej z tego zapamiętać. Swoją drogą Alex wydała mi się dosyć dziwną postacią, troszkę nijaką. Nudną wręcz, bo jej życiorys taki właśnie dla mnie był. Dzieciństwo, studia, praca rządowa – jej życie prywatne można spokojnie porównać do flaków z olejem. Ciągle samotna, przesadnie ostrożna i wiecznie uciekająca. Natomiast Daniel kojarzył mi się z zagubioną sierotką. On był „tym romantycznym” w tej historii, ale mi nie spodobał się jego spokojny charakter. Po tym, co zrobiła mu Alex powinien się chociaż minimalnie zdenerwować, ale nie, cały czas był oazą spokoju. Moją ulubioną postacią, jak łatwo można się domyślić, był oczywiście Kevin. Poukładany, a mówiąc to, mam na myśli jego ostrożność, a także „drapieżny” (słowo rodem z książki). Nie ukrywam, że Alex również mnie oczarowała swoim profesjonalizmem. Niestety jestem zdania, że ich konstrukcja była bardzo pobieżna, a oni sami tworzyli tylko tło dla akcji.

Akcja to biegnie, to się zatrzymuje. Nie sposób określić, czy książka Cię jeszcze czymś zaskoczy, czy właśnie nastąpił jej przedwczesny koniec. Mi osobiście bardziej przypadła do gustu pierwsza połowa, nazwijmy ją „wyjaśnieniem sprawy”. Zakończenie, a zarazem drugą połowę nazwijmy „rozwiązaniem sprawy”. Uważam, że w pierwszej części działo się zdecydowanie więcej niż w drugiej.

Jak na pierwszy raz obcowania z sensacją, jestem mile zaskoczona i odrobinę oczarowana. Czytelnikom bardziej doświadczonym w tej kwestii może wydawać się nudna, ale to już zależy od punktu widzenia. Ciekawe tricki i niecodzienne sytuacje, to zdecydowany atut. A dla mnie, jako jeszcze niezdecydowanego biol-chema, motywujący kopniak. Teraz wiem, że pewne umiejętności dobrze by było nabyć.

A to oznacza, że po książce nastąpił jakiś przełom i progres u mnie, więc jestem zadowolona i polecam niezdecydowanym :”)



Tłumaczyła Anna Klingofer-Szostakowa
Stephenie Meyer, Chemik, stron 576, Wydawnictwo Edipresse Polska S.A., 2017

★★★★★★★☆☆☆
6

niedziela, 7 maja 2017

Czytelnicze podsumowania: kwiecień 2017



Kwiecień spokojnie mogłabym określić jako bogaty w czytelnicze doznania miesiąc. Wiele zakupów, dwie współprace i mnóstwo lektur. Pierwszy miesiąc od niepamiętnych czasów, w którym miałam nadzwyczajnie dużo czasu dla książek. Mam nadzieję, że będzie więcej tak


Kupiłam
·        Alex Kava „Epidemia”
·        Marc Elsberg „Black out”
·        Katy Evans „Manwhore +1”
·        J. Green, M. Johnson, L. Myracle „W śnieżną noc”

Oczywiście moja faworytka figuruje na samej górze tej listy. Mam do twórczości Autorki ogromną słabość, a także równie wielki sentyment. Nie zawiodłam się, ale z recenzją trochę muszę pozwlekać. Pozostałe książki są dla mnie zagadką. Opieram się tylko na opiniach zasłyszanych u znajomych lub przeczytanych na ulubionych blogach.






Otrzymałam w ramach współpracy/ Book Haulu
·        Tarryn Fisher „Margo”
·        Laurelin Paige „Połączeni. Uwolnij mnie”

O „Margo” możecie poczytać tutaj: Recenzja "Margo".  Zachwyciła mnie ta książka i uważam ją za absolutną perełkę. Oryginalną, świeżą, w pełni wykorzystaną. Natomiast z pierwszą częścią trylogii Pani Paige Recenzja "Uwolnij mnie" nie zaprzyjaźniłam się aż tak bardzo i czegoś mi w niej zabrakło, niestety.





Przeczytałam*
·        Alex Kava „Epidemia” – 320 stron
·        Laurelin Paige „Połączeni. Uwolnij mnie” – 400 stron (TUTAJ)
·        Tarryn Fisher „Margo” – 320 stron (TUTAJ)
·        Kirsty Moseley „Chłopak, który zakradał się do mnie przez okno” – 351 stron
·        + kilka stron „Wodnika” (TUTAJ)
*liczba stron każdej książki została zaczerpnięta z LC

Łącznie: 1 391 stron (+/-)


Ulubieńcy z kwietnia
©     „You don’t know me” Jax Jones i Raye


Choć zazwyczaj wolę hiphopowe brzmienia, tym razem w moim stereo hulała ta piosenka ¯




To pierwszy post podsumowujący, drugi może wyglądać nieco inaczej.
A co Wam w kwietniu przypadło najbardziej do gustu? :”)
11

czwartek, 27 kwietnia 2017

Book Tour z książką "Połączeni. Uwolnij mnie"



Laurelin Paige zasłynęła na rynku książki swoją gorącą serią, z Hudsonem Pierce’m w roli głównej. Zapragnęłam więc poznać jej twórczość, a Book Tour u Dominiki (TUTAJ) był dla mnie świetną okazją. „Uwolnij mnie” to bodajże kolejna trylogia autorki. Trylogia „Połączeni” nie zaciekawiła mnie aż tak bardzo, jak ta z Hudsonem, ale postanowiłam chwycić okazję.


Na pierwszy rzut oka
Od razu widać, że książka sporo przeszła. Podawana z rąk do rąk, troszeczkę ucierpiała. Moje serce, jako perfekcjonalistki w każdym calu nieco się skurczyło na widok tych szkód. Jeśli chodzi o grafikę okładki, to powiem Wam szczerze, że lubuję się w innych klimatach. Tak więc, okładka niezbyt przypadła mi do gustu, ale jak każdy zapalony czytelnik wiem, że nie po tym ocenia się książkę. Objętość jest niezbyt duża i ma się wrażenie, że tak lekka książka to lektura na jeden wieczór. W środku też ładnie, aczkolwiek mogło być lepiej, bo ciągle coś mnie drażniło w tej czcionce (znacie moje blogerskie problemy czcionkowe :D).

Niestety z treścią również miałam małe kłopoty.

„Piękny drań” to była moja pierwsza książka, z gatunku tych niegrzecznych. Czytana na jednym wdechu i z wypiekami na policzkach (te drugie w przypadku mojej bladości, to tylko słowa ;). Oceniam ją naprawdę wysoko, bo było to dla mnie coś wyjątkowego, pierwszego. Natomiast po przeczytaniu całego stosidła o tej tematyce, stałam się krytyczna i zimnym okiem patrzę na absolutną schematyczność.


Plusy
Były takie momenty, że czytałam tę książkę z autentyczną ciekawością. Przyznaję, że „Uwolnij mnie” to niezbyt wymagająca lektura, pomimo tego, że opowiada o kilku życiowych dramatach. Można to różnie odebrać, ale dla mnie to był wyłącznie dodatek do płomiennego romansu. Raz Autorka mnie zaskoczyła i to nieźle, naprawdę byłam niespokojna i zachodziłam w głowę jak to wszystko się potoczy. Gwen jest dużym plusem tej książki, ponieważ to bohaterka, która przechodzi widoczną przemianę. Język całej powieści wydaje się lekki i przyjemny i w rzeczywistości czyta się dosyć szybko.
Niestety plusy muszą się tutaj skończyć.


Minusy
Minusów, nad czym ubolewam, jest zdecydowanie więcej.
Akcja momentami nużyła mnie do tego stopnia, że kompletnie nie uważałam i musiałam powtarzać tekst od nowa. Nie miałam ochoty na czytanie o dramatach Gwen i wątku pobocznym, dotyczącym jej ojca. Na dokładkę jej brat musiał być gejem (jestem osobą liberalnych poglądów) i miałam ochotę poprosić kogokolwiek, żeby się już odczepił od homoseksualistów i przestał o nich pisać w każdym erotyku. Dodatkowo JC to wypisz wymaluj, ideał bohatera książek tego typu. Postać z tajemnicami, ale jednak bezbarwna. Dodatkowo wolałabym poznać jego imię, bo ten skrót strasznie irytował mnie podczas czytania. Klimat i miejsce akcji jest przytłaczające i jakieś takie szare. Niestety pod tym względem nie byłam zadowolona.

Zakończenie jest nieprzewidywalne i dosyć ciekawe, ale ja wolę szalone rzeczy, więc trochę byłam zawiedziona wyborem Gwen. Wystarczy już tego dobrego, dosyć spojlerowania, przekonajcie się sami! J



Pomimo kilku mankamentów książkę i tak czyta się szybko i dosyć przyjemnie. Jest to oczywiście lektura na jeden wieczór dla zaangażowanych. Osobiście wolę przeczytać serię z Hudsonem, ale ta również mnie wciągnęła i z chęcią poznam dalsze losy bohaterów!
Sami zdecydujcie czy chcecie przeczytać ;)




Tłumaczyła Agnieszka Brodzik
Laurelin Paige, Połączeni. Uwolnij mnie, stron 400, Wydawnictwo Kobiece, 2016
★★★★★☆☆☆☆☆

Za świetną zabawę serdecznie dziękuję Dominice, z bloga Książkowe Wyznania! :* 
4

niedziela, 23 kwietnia 2017

PAX. Wodnik




Seria Pax niejednokrotnie zachwyciła mnie swoją nieprzewidywalnością, a także oryginalnym pomysłem i efektownym wykonaniem. Z moich ust nie padło żadne negatywne słowo, co więcej nie padły też banalne pochwały. Autorki zawsze przestrzegały restrykcyjnie, aby poziom swoją wysokością przypominał Mount Everest. I choć jest to jedynie mój ostatni egzemplarz do recenzji, czuję, jakby to był koniec serii. Jestem przybita.


Na pierwszy rzut oka

Objętość książki jak zwykle pozostawia wiele do życzenia – tych cudownych kartek jest zdecydowanie za mało! Jednak oprawa graficzna pieści oko w sposób już nam dobrze znany. Tym razem dominuje kolor nasyconej żółci i standardowo, tajemniczej czerni. Cytrynowa przepaść, to idealny kandydat na tytuł dla owej książki. Myślę, że miłośnicy komiksów nie poskarżyliby się ani na okładkę, ani na ilustracje, które można znaleźć w środku. Moje pierwsze wrażenie, to oczywiście kosmiczna ciekawość. Wiedziałam, jak będzie. Standardy autorów tej serii są wysokie jak drapacze chmur.

Tym razem mamy do czynienia z tytułowym Wodnikiem, który nie odczuwa żadnego bólu, jest rudy (wiem jak to brzmi, rudy to piękny kolor ;)  i topi swoje ofiary. Podejrzenie od razu pada na nowoprzybyłego zarządcę zamku. Dodatkowo wszystko wskazuje, że to rzeczywiście on. Jednak akcja dopiero ma się rozkręcić…

I tym razem Was nie zaskoczę. Jestem wprost oczarowana i to po raz szósty. Ciągle zachowane jest szaleńcze tempo, które wciąga nas w wir przygód kruczych braci. Nie chcę się rozpisywać, bo po prostu będę się powtarzać. I choć czyta się szybko jak zawsze, to jednak szło mi to bardzo opornie. Myślę, że przez wzgląd na to, że to ostatnia część tej serii, którą posiadam. Chyba nie mogę przeboleć, że na kolejną przyjdzie mi poczekać. Tym razem również zostałam zaskoczona i to pozytywnie. Na początku myślałam, że już wiem wszystko i kwestią czasu jest to, kiedy cała zagadka się rozwiąże. A jednak autorki perfekcyjnie mnie zmyliły i zaskoczyły na koniec. Może i jakiś bardziej rozgarnięty czytelnik by się zorientował, ale ja wolę chyba po prostu tam być, niż domyślać się, co będzie za kilka kartek. Przynajmniej tak było w tym przypadku. Nie mam czasu na myślenie, bo muszę ciągle być na bieżąco!

Podsumowując, chciałam Wam polecić tę serię z całego serca (nieważne, że to było tutaj już sto razy :D). Uwielbiam w niej wszystko, od bohaterów po wydarzenia aż do niepowtarzalnego klimatu. Muszę Wam powiedzieć, że to pierwsza seria fantasy, która mnie zainteresowała i którą przeczytałam na jednym wdechu, dosłownie. Czekam z niecierpliwością na kolejne części. Nie wymawiajcie się brakiem czasu, ta kwestia się rozwiąże podczas czytania. Max. 4 godzinki ;)

A na okładce powinno być zamieszczone ostrzeżenie, coś w stylu: „Nie czytaj, jak masz ważniejsze sprawy. One przestaną istnieć, gdy zaczniesz” :D




Tłumaczyła Magdalena Landowska

Åsa Larsson & Ingela Krosell | Henrik Jonnson, PAX. Wodnik(Tom 6), stron216, Wydawnictwo Media Rodzina, 2016
★★★★★★★★★☆

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Media Rodzina! J


4

czwartek, 13 kwietnia 2017

"Margo" i takie tam



„Margo” intryguje nie tylko zjawiskową okładką i tajemniczym opisem, ale także swoją bardzo dobrą reputacją. W sieci można natknąć się na wiele pochlebnych słów, skierowanych w jej stronę. Jest w niej pewne szaleństwo, które przyciąga czytelnika niczym magnez, ale też w niczym nie przypomina zwykłej książki młodzieżowej, wpisanej w moją rubrykę „literatury banalnej”.

„Często przyglądam się kolegom i koleżankom ze szkoły, zastanawiając się, czego oni będą potrzebować w dorosłym życiu i co poświęcą, żeby to zdobyć.”

Na pierwszy rzut oka, okazałam spore zdziwienie, widząc objętość „Margo” (dwuznaczność tych słów mnie bawi, kto przeczyta ten zrozumie ;). Oczywiście wprawiło mnie to w ogromne zadowolenie, bo jako rasowy książkoholik, czułam w kościach (dzisiaj mega dwuznacznie), że ta historia zapadnie mi w pamięci na długi czas. Prawdopodobnie będzie mnie prześladować w autobusie, na lekcji, przy obiedzie i jak zobaczę dom, podobny do jej domu. W dwóch słowach: czysty zamęt. Uwielbiam dotykać „Margo” i okiem, i dłonią. Pokłon w stronę grafika, za tak cudowną okładkę. Trochę lakieru na literkach, wybrzuszony polakierowany tytuł, estetyka grzbietu – zachwycam się. Uwielbiam czuć jej zapach, kiedy kartkuję ją w poszukiwaniu ulotnych momentów z życia Margo. Cieszy mnie, że rozdział jest zachęcająco krótki i przyozdobiony motywem okładkowym. Natomiast kartki okryte zgrabną i przejrzystą czcionką, bardzo wspomagają oko podczas czytania.

Jestem absolutnie i niepodważalnie oczarowana wszystkim, co związane jest z „Margo”.

Poznajemy główną bohaterkę, jako bardzo młodą osóbkę, bo zaledwie trzynastoletnią. To ona jest narratorką i oprowadza nas po swojej głowie i Bone. Od razu zaskoczyła mnie swoją przenikliwością, bo nie tego spodziewałam się po kimś w jej wieku. Namacalny jest smutek, ale też niezwykła błyskotliwość dziewczyny. Wyglądem nie przypomina standardowej bohaterki, rodem z romantycznej komedii. Oczywiście pewnie też dlatego, że owa książka z tymże gatunkiem ma niewiele wspólnego. Autorka, jakby chcąc przygnębić nas jeszcze bardziej, tworzy Margo jako „brzydką grubaskę”. A przynajmniej jest to jej autoprezentacja. Nasza bohaterka od razu zjednuje swoim sposobem bycia, pomimo jej dziwoty nie da się jej nie lubić. Pokochałam Margo za to, że jest bohaterką „z jajem”, ale też bardzo wrażliwą i mocną dziewczyną.

„Wszyscy wiedzą, kim jest moja matka, ale i tak wolę, żeby nikt tego nie widział.”

Relacja matki z córką, ukazana w książce, szokuje. Matka, która traktuje córkę jak powietrzę lub ewentualnie – niepotrzebne śmieci. „Przynieś, podaj, pozamiataj” to idealny opis ich kontaktów. Kobieta, która jest piękna, zgrabna i delikatna, to całkowite przeciwieństwo Margo. Wydaje się, że jedyną osobą, którą kocha (poza sobą) jest ojciec Margo. Z kolei on podziela opinię matki, na temat ich córki, i również traktuje ją obcego lokatora ukochanej. Mężczyzna podziela uczucie matki Margo.

Mieszkańcy Bone to ludzie skrajnie różnorodni. Pisząc to miałam na myśli, patologicznie różni. W Bone znajdziesz domy: cracku, złych ludzi, starej wróżki, hodowlę marihuany i wiele innych atrakcji niepublicznych. Kluczową postacią w książce, w moim odczuciu, jest Judah. Chłopak, który jest kwintesencją życia, będąc jednocześnie sparaliżowanym.

Ostatnio zrobiłam się nazbyt wybredna i w literaturze przebieram, jak w lumpeksie (przepraszam za porównanie, ale idealnie to oddaje). Jedna książka na milion, okazuje się swoistą perłą wśród tanich kamieni. „Margo” nią jest, naprawdę. Instynkt podpowiadał mi, że nie mogę jej odłożyć, póki nie skończę. Poniedziałek i wtorek był mój, lekcje musiały poczekać i choć wiem, że to złe podejście, to niestety żadna siła nie mogła mnie od niej oderwać. Ta książka to powiew świeżości na rynku literackim, prawdziwy niepodrabialny oryginał. Jej specyficzność od razu skradła moje serce. Z szoku przechodziłam w przygnębienie, aby na mecie zobaczyć mętlik w swojej głowie (okładka trafiona). Czułam się zmanipulowana i oszukana, ale też zaskoczona. Czekałam całe życie na taką książkę. Książkę, która będzie mogła powiedzieć wszystko. Ukazano w niej najgorsze zachowania ludzi, najgorsze miejsce na ziemi. A jednak nade wszystko przebija się w niej twoja własna sprawiedliwość. Nie możesz ocenić, bo wiesz, że zrobiłbyś tak samo.

Spodziewałam się czegoś wyjątkowego i po stokroć to otrzymałam. Poprzeczkę podniosłam naprawdę wysoko i dane mi było rozczarować się tak pozytywnie, jak tylko to możliwe. „Margo” to wstrząsająca opowieść o sprawiedliwości uwięzionej w każdym z nas. Świadomość, którą daje obciąża i szokuje, jest głęboko poruszająca i mocna.

Z głębi serca polecam, ta historia jest warta każdej strony i minuty. Pokochasz Margo, a mroczne Bone zapadnie Ci w pamięci na długo.



Tłumaczyła Agnieszka Brodzik
Tarryn Fisher, Margo, stron 320, Wydawnictwo SQN, 2017

★★★★★★★★★

Za przekazanie egzemplarza do recenzji, bardzo dziękuję Wydawnictwu SQN! :)


14

niedziela, 26 marca 2017

PAX. Upiór



O serii Pax jestem w stanie powiedzieć wiele ciepłych słów. Nie jestem osobą wylewną, ale oryginalność potrafię docenić. Z każdą kolejną częścią, rozdziałem i stroną utwierdzam się w przekonaniu, że jest to zbiór książek bogaty w niesamowite pomysły i ich realizację. Dlatego też moi drodzy, możecie zapierać się rękoma i nogami, ale ja i tak będę ją Wam uparcie polecać!

Tym razem tytuł jest absolutnie wyrazisty, czytelny, klarowny – jasny. Od razu naprowadza nasze główki na obraną drogę z tym adresem. Można się zaskoczyć w sumie tak banalnym, jak na tę serię, tytułem. Musicie przyznać, że „Bjera”, „Grim”, czy na przykład „Myling” dawały nam się we znaki swoją zawiłością. Aczkolwiek na wstępie zaznaczam, że bynajmniej nie jest to ujmą. A właściwie chciałabym Wam powiedzieć, że jest to nieco inna część…

Nie ma tutaj może jakiegoś dziwacznego tytuł (sorki), ale za to jest „pełność”. Już Wam tłumaczę. Otóż, chodzi mi o to, że jest to część napisana od początku do końca. Oczywiście są powiązania z poprzednimi książkami z tej serii, albowiem ta tutaj ma swój finał. Okeej, teraz można się licytować, ale powiem Wam, że czuję to w ten sposób, iż ta książka jest punktem kulminacyjnym poprzednich (w następnej części jest o wiele spokojniej, jak na razie ;) Czułam się troszkę, jakby ta książka była wybita od poprzednich i mogła uchodzić za całkiem osobną. Wizualnie wydaje mi się też grubsza, ale to pewnie dlatego, że myślę jak myślę o niej. W każdym bądź razie jest to część, która nieco odstaje od reszty.

Pomysł na horror to stały punkt, więc pomijam. Dodam króciutko, że od razu skojarzyło mi się to z Krwawą Mary albo Damą Pikową (awww, cóż za klimaty). To zawsze u mnie jest po stronie plusa. Ten aspekt był również moim elementem zaskoczenia. Było tak, ponieważ nie spodziewałam się czegoś tak „banalnego” jak duchy wywołane w ten znany już sposób. Nie linczuję, bo zaraz zostałam naprowadzona na „tor zachwytu”, że tak to nazwę. Oczywisty styl bycia autorek – mega połączenie. To jak połączyć zupełnie zwyczajne i wszystkim już znane lody waniliowe z (wymyślam, nie bać się :D) polewą eukaliptusową – niecodzienną i ekscytującą – no i zrobić z tego głośny hicior. Tak było i tym razem. A mianowicie, po wprowadzeniu kilku fresh elementów, całość zaczęła błyszczeć i to nie byle jak. Kolejne zaskoczenie – nie zapominajcie, że to drugie w jednym punkcie!

Oprawa graficzna tutaj również wspomaga naszą wyobraźnię i pozwala poczuć się jak na filmie. Tym bardziej kiedy już emocje sięgają zenitu, bo nie powiem, że nie ma takiego momentu. Ilustracje zabierają nas w ten idealnie dopracowany świat i choć pokazują nam wiele, to nie przeszkadza. Myślę, że lepsze to niż „dopieprzona zupa” – jest tak intensywnie, że nasza wyobraźnia mogłaby wystrzelić w kosmos z nadmiaru wrażeń. A ukazany świat jest tak fascynującym miejscem, iż można się w nim całkowicie zatracić i w ogóle nie znudzić.

Ta książka jest dokładką wyśmienitej potrawy, w stu procentach sycącą i zaskakującą. Niestety zjecie ją w takim czasie, że zaraz zaczniecie żałować, iż ta przyjemność była tak krótka. Na mnie Autorki rzuciły urok i dalej nie mogę się po tym pozbierać. Polecam Wam serdecznie tę książkę!


Tłumaczyła Magdalena Landowska
Åsa Larsson & Ingela Krosell | Henrik Jonnson, PAX.Upiór Tom 5., stron192, Wydawnictwo Media Rodzina, 2016

★★★★★★★★★

Za egzemplarz bardzo dziękuję Wydawnictwu Media Rodzina! J


8
Szablon stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.