środa, 19 lipca 2017

Recenzja| "Powietrze, którym oddycha"




 Brittainy C. Cherry kusi mnie odkąd tylko pojawiła się na rynku książki. I choć wydarzyło się to już dawno temu, dopiero teraz mam okazję powiedzieć Wam, co sądzę o jej książce. Kiedy masz kwit, masz i poczucie, że żal nad pieniędzmi nie wchodzi już w grę. A wiąże się z tym to, że postanawiasz szaleć na całego i kupić wymarzone książki. Oczywiście chciałam poznać najsampierw słynnego Pana Danielsa, aczkolwiek dużo innych osób też chciało i ani jednej sztuki nie znalazłam na Znaku. Uznałam więc, że zacznę od serii Żywioły i tym oto sposobem oddałam w ofierze swoje serce megautalentowanej Brittainy.

Elizabeth z każdej strony jest ostrzegana przed Tristanem Colem – jej przystojnym, a zarazem dziwacznym sąsiadem. Pogłoski mówią, że jest gburem, chamem i najlepiej trzymać się od niego z daleka. Jego przeszłość wykreśliła jego przyszłość. Tym sposobem jego życie towarzyskie w nowym miasteczku dosłownie nie istnieje. Zrozumieć go może tylko Elizabeth, która ma podobną pustkę w sobie. Odkąd kobieta o mało co nie potrąca ukochanego psa Tristana, między dwojgiem doświadczonych ludzi, dochodzi do serii różnych wydarzeń. Dwie zranione dusze i potrzeba, by nauczyć się oddychać od nowa.

Kiedy płaczesz na zaledwie dziesiątej stronie książki i czujesz, że to historia tak bliska twemu sercu, jak żadna inna nigdy wcześniej – już wiesz. Powietrze, którym oddycha jest na mojej półce fenomenów. Zyskała miano „książki mojego życia” nie bez powodu.  Całkowicie pomijam w tym momencie bajkową okładkę. Jest w tej książce wszystko, ale bez zbędnego cukru. Wszystko, czego potrzebowałam i wszystko, co potrafiło poruszyć struny mojego serduszka (wiem, że piszę, jak nie ja) oraz przedostać się swoją głębią do szpiku kości. Strata bliskiej osoby, brak sensu, odrzucenie przez społeczność, odnajdywanie siebie od nowa – to jest w tej książce piękne. Przez nią pojechałam do pracy niewyspana, bo dosłownie nie mogłam się oderwać od historii Elizabeth i Tristana, i przez cały czas okłamywałam siebie, że przeczytam „tylko jeden, ostatni na dzisiaj rozdział”. Autorka wie jak manipulować czytelnikiem, ona nas uzależnia od swoich słów. Najgorsze jednak jest to, że nie da się jej dawkować – ja chciałam pochłonąć tę książkę od razu.

Problematyka pierwszej części Żywiołów jest nakreślona w sposób przemyślany, a także dosadny. Tristan Cole to nie potwór, o nie, to feniks tej powieści. Umarł wraz z bliskimi, aby na nowo narodzić się i poradzić sobie z tym cholernym życiem. Autorka poprowadziła ten wątek doskonale. Nie gnała na złamanie karku i nie sprowadziła nam gromu z jasnego nieba, w postaci miłości od pierwszego spojrzenia. Ból tej książki to jej autentyczność. Do naprawienia siebie i swojego życia, do pogodzenia się z nim potrzeba czasu. Tutaj ukazana była jedna z najbardziej wiarygodnych przemian, z jaką się zetknęłam.

Erotyka tej książki jest trochę punktem mojej fascynacji. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale jest w niej coś magicznego. Czułam iskry między stronami i to dosłownie. Specyfika tych sytuacji, słowa naszpikowane podwójnymi znaczeniami, aluzjami. Klimat tych scen był niepowtarzalny i mogę przesadzać, ale jestem pod wrażeniem subtelności i delikatności, z jakimi autorka przeprowadziła nas po intymności bohaterów.

Nie myślcie, że podeszłam „luźno” do tej powieści. O nie. Kiełkowały we mnie różnego typu obawy. Nie wiedziałam, czy spodoba mi się ta książka. Trzydziestolatkowie (w przybliżeniu, nie postarzajmy się) po przejściach, do tego masa słów uznania dla kunsztu pisarskiego Brittainy C. Cherry. Nie wiedziałam czy się nie zawiodę, bo taki zawód by bolał i to bardzo. Tymczasem wszystkie moje oczekiwania zostały spełnione. Mogę tylko powiedzieć, że było warto dla takiej wspaniałej książki wylać kilka słonych łez.

Jeśli szukacie historii, która Wami zawładnie i potrząśnie, to jest to. Brittainy C. Cherry stworzyła narkotyk doskonały, uwierzcie mi. Magia tej książki jest nieskończona, każdy gest i słowo w niej jest idealnie wyważone i znaczące. Powietrze, którym oddycha to jedna z tych powieści, która zakorzenia się i w sercu, i w głowie, nie pozwalając o sobie zapomnieć.
Polecam pełna zachwytu, Brittainy C. Cherry to moja Czarodziejka.


Tłumaczyła Katarzyna Agnieszka Dyrek
Brittainy C. Cherry, Powietrze, którym oddycha (seria: Żywioły), stron 402, Wydawnictwo Filia, 2016
★★★★★★★★★★
10

środa, 5 lipca 2017

Konkurs wakacyjny, do wygrania "Uratuj mnie" Anny Bellon lub "Prawda o dziewczynie" T.R. Richmond




Witajcie, Człowieki! :*

Z okazji najlepszej z najlepszych, a mianowicie wakacji, mam dla Was konkurs. Jak sami widzicie, blog jest prowadzony nieregularnie. Powodów jest kilka, ale jednym z nich, jest bardzo mała ilość czytelników. Do tej pory nie organizowałam żadnych konkursów, nawet z okazji urodzin bloga. Pomijając jeden, w którym osób zgłosiło się mniej, niż przewidywał regulamin. 
Natomiast teraz postanowiłam spróbować ponownie.

Do wyboru macie dwie lektury z banera konkursowego. Mi osobiście książki nie przypadły do gustu, ale może akurat ktoś z Was chciałby dostać jedną z nich w prezencie. Zachęcam, aby spróbować swoich sił! Wystarczy zgłosić się w komentarzu i spełnić poniższe warunki! J



REGULAMIN

1. Konkurs trwa od 05.05.2017 do 31.08.2017 (do 23.59).

2. Organizatorką konkursu jest autorka bloga Zjadam Szminkę

3. W konkursie mogą brać udział tylko osoby mieszkające w Polsce. Nie wysyłam książek za granicę.

4. Wyniki konkursu zostaną ogłoszone w ciągu trzech dni od zakończenia konkursu.

5. W komentarzu należy podać:
a)    swój e-mail;
b)   dodać bloga do obserwowanych
d)    wstawić u siebie na blogu/Facebooku w widocznym miejscu poniższy banner konkursu:



6. Nagrodą jest jedna z podanych książek:
„Uratuj mnie” Anny Bellon lub „Prawda o dziewczynie” T.R. Richmond
(Książki pochodzą z prywatnej biblioteczki – są w stanie bardzo dobrym)

7.  Nagroda wyłoniona zostanie metodą losowania. Do wylosowanej osoby wyślę maila, ale także ogłoszę wyniki na blogu.

8. Nagrody nie można wymienić na jej równowartość pieniężną.

9. Nagroda jest wysyłana na koszt organizatora.

10. Organizator zastrzega sobie możliwość wprowadzania zmian w regulaminie w trakcie konkursu.

11. Konkurs odbędzie się tylko, gdy zgłosi się minimum 15 osób.



Powodzenia! :)

PS. Konkurs miał zostać dodany już wczoraj, stąd nieprawidłowa data na banerze ;)
25

niedziela, 2 lipca 2017

Oleander, czyli "Chemik" Stephenie Meyer




Kilka lat temu światem „zawładnęła” popularna saga autorstwa Pani Meyer. Pamiętam, że byłam wtedy w podstawówce i mi, nawet jako małej dziewczynce, chciało się rzygać, gdy po raz kolejny spostrzegłam na ławce piórnik, a obok ławki tornister z wizerunkami głównych bohaterów „Zmierzchu”. Jestem zdania, że co za dużo to nie zdrowo (proszę, nie włączajcie przy mnie Despacito).

Nigdy nie miałam szaleńczego pociągu do sagi „Zmierzch”, ani też nigdy nie byłam zakochana w Edwardzie, co dziwiło wszystkie moje koleżanki. Nie czytałam żadnej z książek wspomnianej Autorki, a na film ledwie chciałam zerknąć. Gusta są różne i nie należy o nich, według powszechnej opinii, dyskutować. Wspominałam Wam już kilka razy, iż nie param się literaturą z gatunku fantasy i jest to jeden z dwóch powodów, przez które okropnie nie lubię tej sagi. Drugim powodem, wymienionym już wcześniej, jest oczywiście popularność.

Będąc szczerą, nie wiązałam zbyt dużych nadziei z Chemikiem, aczkolwiek moja ciekawska natura wzięła nade mną górę i tym sposobem, jestem w obecnej chwili bardzo mile zaskoczona.

Alex tak naprawdę nazywa się zupełnie inaczej, jednak w jej zawodzie imię i nazwisko jest niewiele znaczące, a znaczące zarazem tyle, że trzeba je systematycznie zmieniać. Według powszechnej informacji jest już martwa, choć ciągle się ukrywa przed wydanym na nią wyrokiem śmierci. Kiedy dostaje propozycję od byłych pracodawców zostaje zamieszana w ich zagmatwaną grę, która szybko okazuje się wierutnym kłamstwem. Teraz ma tylko dwa wyjścia: podjąć grę i spróbować odzyskać wolność lub zginąć.

Minimalistyczna oprawa graficzna oczarowała mnie swoją prostotą i chłodną kolorystyką, aż miło się patrzy na tak ładnie wykonaną okładkę. Mimo lakieru na strzykawce i wybrzuszonych literek, połączonych z wrażeniem, że ma się przed sobą książkę w odcieniu metalicznej szarości – nie ma wrażenia masła maślanego i przesadnego wkładu. Jedyne, co podoba mi się w stopniu średnim, to grzbiet. Przyznam, że objętość tej książki jest odrobinę przytłaczająca, ale (przynajmniej w moim przypadku) bardzo szybko się ona zmniejszała. Czcionce również nie mam nic do zarzucenia, a wręcz przeciwnie – bardzo ułatwiała mi czytanie.

Chemik to nabytek mojej siostry, ja sama raczej nie pokusiłabym się o zakup lektury w tematyce szpiegowskiej/sensacyjnej. Nie gustuję w książkach tego typu, dlatego moja opinia, to trochę przymrużenie oka na błędy, powielenia, a także nudę. Opinie są różne, a wnioski wyciągnęłam także na podstawie recenzji innych blogerów i vlogerów . Jednym ta książka przypadła do gustu, innym zaś nie. Wiele osób stwierdziło, że jest nudna i wlecze się niemiłosiernie, a ukazane w niej sytuacje są banalne i dawno temu przerobione na wszystkie sposoby.

Natomiast dla mnie, jako czytelniczki kompletnie zielonej w tym gatunku, książka wydała się kusząca i dosyć ciekawa. Nie od razu poczułam się dobrze i pewnie, wypływając na nieznane wody. Chociaż początki wcale nie były tak trudne, jak mogłyby się wydawać.


„Teraz była tą drugą, tą, którą w departamencie zwano Chemikiem, a Chemik był maszyną. Bezlitosną i bezwzględną. Jej własny potwór właśnie wyrwał się na wolność.”


Najbardziej nie lubię tej początkowej fazy rozpoznania książki, kiedy trzeba oswoić się z klimatem, sytuacją i językiem. Tutaj na początku trudno mi było zrozumieć niektóre rzeczy – sztuczki Alex – ale bardzo mi się podobały te pomysły. Czułam, że mogę dowiedzieć się bardzo dużo ciekawych rzeczy. Jestem taką osobą, którą to niezmiernie interesuje, więc starałam się jak najwięcej z tego zapamiętać. Swoją drogą Alex wydała mi się dosyć dziwną postacią, troszkę nijaką. Nudną wręcz, bo jej życiorys taki właśnie dla mnie był. Dzieciństwo, studia, praca rządowa – jej życie prywatne można spokojnie porównać do flaków z olejem. Ciągle samotna, przesadnie ostrożna i wiecznie uciekająca. Natomiast Daniel kojarzył mi się z zagubioną sierotką. On był „tym romantycznym” w tej historii, ale mi nie spodobał się jego spokojny charakter. Po tym, co zrobiła mu Alex powinien się chociaż minimalnie zdenerwować, ale nie, cały czas był oazą spokoju. Moją ulubioną postacią, jak łatwo można się domyślić, był oczywiście Kevin. Poukładany, a mówiąc to, mam na myśli jego ostrożność, a także „drapieżny” (słowo rodem z książki). Nie ukrywam, że Alex również mnie oczarowała swoim profesjonalizmem. Niestety jestem zdania, że ich konstrukcja była bardzo pobieżna, a oni sami tworzyli tylko tło dla akcji.

Akcja to biegnie, to się zatrzymuje. Nie sposób określić, czy książka Cię jeszcze czymś zaskoczy, czy właśnie nastąpił jej przedwczesny koniec. Mi osobiście bardziej przypadła do gustu pierwsza połowa, nazwijmy ją „wyjaśnieniem sprawy”. Zakończenie, a zarazem drugą połowę nazwijmy „rozwiązaniem sprawy”. Uważam, że w pierwszej części działo się zdecydowanie więcej niż w drugiej.

Jak na pierwszy raz obcowania z sensacją, jestem mile zaskoczona i odrobinę oczarowana. Czytelnikom bardziej doświadczonym w tej kwestii może wydawać się nudna, ale to już zależy od punktu widzenia. Ciekawe tricki i niecodzienne sytuacje, to zdecydowany atut. A dla mnie, jako jeszcze niezdecydowanego biol-chema, motywujący kopniak. Teraz wiem, że pewne umiejętności dobrze by było nabyć.

A to oznacza, że po książce nastąpił jakiś przełom i progres u mnie, więc jestem zadowolona i polecam niezdecydowanym :”)



Tłumaczyła Anna Klingofer-Szostakowa
Stephenie Meyer, Chemik, stron 576, Wydawnictwo Edipresse Polska S.A., 2017

★★★★★★★☆☆☆
6
Szablon stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.