Pokazywanie postów oznaczonych etykietą #przedpremierowo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą #przedpremierowo. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 lutego 2019

Przedpremierowo!!! "Cisza białego miasta"


S
eryjny morderca, który od dwudziestu lat przebywał w więzieniu, ma właśnie wyjść na pierwszą przepustkę, kiedy miastem wstrząsa informacja o kolejnym zabójstwie. W Starej Katedrze w Vitorii zostają znalezione zwłoki pary dwudziestolatków z pożądlonymi przez pszczoły gardłami. Ofiar będzie jednak znacznie więcej...
Śledczy specjalizujący się w profilowaniu kryminalnym, Unai López de Ayala, za wszelką cenę stara się zapobiec kolejnym zabójstwom. Tragedia, którą sam przeżył, sprawia, że traktuje sprawę podwójnych zbrodni wyjątkowo. Jego metody śledcze nie podobają się Albie, nowej pani podkomisarz. Rozpoczyna się wyścig z czasem. Kto będzie następny?

Prawda, że zapowiada się zachęcająco?



„Lepiej wal prosto z mostu, okej? Aluzje nie są moją mocną stroną, twoją też nie.”

Zacznę od tego, że kompletnie nie porwał mnie klimat owej powieści – gorąca Hiszpania i kultura baskijska, to zdecydowanie nie moja bajka. Oczywiście nie neguję w ten sposób samych morderstw, których „wykonanie” uważam za intrygujące, zaskakujące i wyjątkowo brutalne. Mimo, że nie przekonał mnie wątek historyczny, to jednak uważam to za ciekawy element całej historii i naprawdę dobrą otoczkę dla morderstw. Wszystko zostało zgrabnie połączone, dopracowane, i co najważniejsze – wszystko było przemyślane. Kolejną kwestią, co do której mam wątpliwości jest zupełny brak śladów. Przez całą książkę zadawałam sobie pytanie, czy to jest w ogóle możliwe?

„Generalnie zwykły obywatel nie jest w stanie uniknąć śmierci, jeżeli ktoś postanowił go zabić.”

Motyw bliźniaków, to niestety, kolejny element, który nie przypadł mi do gustu. Uważam, że wszystko, co z nimi związane – przynajmniej w początkowej części – było dosyć oczywiste lub łatwe do wywnioskowania. Drażniło mnie to „zamknięte” środowisko Vitorii. Czytelnik dostał na tacy wszystkie postacie, które mogłyby być zamieszane w sprawę, jednocześnie nie mając żadnych konkretnych dowodów na ich winę. Autorka pozwoliła nam pływać w morzu domysłów i niedopowiedzeń.

„Jeśli chcesz, darujmy sobie tę część, kiedy udajesz, że nie wiesz, o czym mówię, potem wszystkiemu zaprzeczasz, a kiedy okazuje się, że mam dowody, z dumą do wszystkiego się przyznajesz.”

Relacja Alby i Unaia była obiecująca. Niestety i ona zawiodła, bo wydała mi się obojętnym epizodem dla urozmaicenia akcji. Alba w ogóle mnie nie przekonała do siebie, a wręcz irytowała. Niby była, ale nic nie wnosiła do akcji, tyle tylko, że miała romans z głównym bohaterem. Zabawne wydało mi się to, że cały czas była wykończona, choć jej jedynym zajęciem było wydawanie poleceń. Mimo to, żałuję, że autorka nie rozwinęła tego wątku trochę bardziej.

„Miałem dosyć całej tej jasności. Mój świat był znacznie mroczniejszy, a za chwilę miałem zgasić połowę świata kogoś innego. Kogoś, na kim bardzo mi zależało. Kogoś, kto był dla mnie wszystkim.”

Cisza białego miasta niepodważalnie pociąga czytelnika swoją zagadkową aurą. Użycie pszczół do wyjątkowo brutalnych morderstw, to wyjście zarówno zaskakujące, jak i oryginalne. Powtarzalność morderstw, które są za każdym razem precyzyjnie dokonane i nieprawdopodobnie „doskonałe”, to zabieg jak najbardziej na plus. Mnie pociągała ta nieosiągalność sprawcy, ale jednocześnie irytował mnie brak jakichkolwiek śladów. Czułam się jakbym kluczyła w labiryncie, którego każde wyjście jest zakończone ślepym zaułkiem. Tymczasem rozwiązanie zagadki, po całym maratonie błędnych tropów, okazuje się dosyć klarowne i całkiem prawdopodobne.

„Przestań chrzanić i wytrwaj”, mówił. I to właśnie robił. Trwał.”

Technicznie książka jest bez zarzutu. Czyta się szybko i przyjemnie, choć im bliżej końca, tym bardziej nie można się oderwać. Pełno trafnych spostrzeżeń i przeróżnych mądrych przemyśleń, co zdecydowanie tutaj widać ;) W pewnym momencie siedziałam z myślą „damn, kto to zrobił?” i ze wzrokiem osoby już wystarczająco zdesperowanej, przewracałam strony coraz szybciej, szukając odpowiedzi. Autorka znakomicie przytrzymała mnie w niepewności, choć w pewnym momencie zaczęłam wyciągać trafne wnioski.

„Szkoda, że ludzie podziwiają odwagę wykazaną podczas bitwy.
Całe szczęście, że karabiny nie zabijają słów.”

Podsumowując, choć książka nie do końca trafiła w mój gust, czytało mi się ją szybko i przyjemnie. Ponadto nie opuszczało mnie uczucie ciekawości, ani też dreszczyk emocji. Z uwagą śledziłam poczynania Unaia i oczywiście zapalczywie mu kibicowałam. Mimo, że hiszpańskie klimaty, to nie są moje klimaty – chętnie przeczytam również kolejne części Trylogii Białego Miasta.




Tłumaczyła Joanna Ostrowska
Eva Gracía Sáenz De Urturi, Cisza białego miasta, stron 576, Wydawnictwo Muza, 27 lutego 2019!

★★★★★★★☆☆
(bardzo dobra)

Bardzo dziękuję za przedpremierowy egzemplarz, Wydawnictwo Muza! <3

2

niedziela, 27 stycznia 2019

Przedpremierowo!!! "Bezbronne" Taylor Adams







Z thrillerami od Otwartego jest tak, że jak tylko je zobaczę stwierdzam: „muszę mieć”. Tym razem nie było inaczej. Tak więc, jak tylko zobaczyłam, że mogę mieć okazję przeczytania tej książki przed oficjalną premierą (to zaszczyt!), wiedziałam, że nie oprę się pokusie, a żadne inne obowiązki mnie nie powstrzymają.

Opis jest jak zwykle zachęcający i obiecujący. Okładka jest jak zwykle adekwatna i estetyczna. Tylko co z treścią? Czy ona się obroniła?

Początkowo chciałam zacząć od minusów, aczkolwiek ten podpunkt jest chyba dla mnie najbardziej newralgiczny. Tak więc zacznę od tego, co najbardziej mnie oczarowało w tej książce. A były nimi postacie, które są wprost (uwaga, użyję teraz mojego najbardziej pochwalnego słowa ;p) bajecznie przygotowane! Bajecznie. Jest tu coś, czego zdecydowanie brakowało mi w innych thrillerach, a mianowicie – przestępca, który ukazany jest w różnych odcieniach szarości.

„- Mogłabyś być moją dziewczyną – jęknął – ale koncertowo to spierdoliłaś…”

Jestem osobą, która interesuje się kryminalistyką, analityką śledczą, czy też profilowaniem i naprawdę po wielu lekturach (zarówno tych fikcyjnych jak i autentycznych) potrafię docenić tak kunsztowną kreację. Bohaterowie Bezbronnych to osoby, które moglibyśmy spotkać w zwyczajnym życiu (chociaż niektórych to lepiej nie ;p). Są to zwyczajni ludzie, którzy mają swoje sekrety, słabości i podjęli niewłaściwe decyzje.  

Jest tutaj typowa walka między dobrem, a złem, lecz pokazana bez przerysowania. Walczą nadal ludzie –z wadami i zaletami – jednak chodzi o moralność, o chęć postąpienia właściwie. To, że autor pokazał nam momentami Darby w niechlubnym świetle jest dla mnie plusem, tak wielkim jak to, że „ten zły gość” również miewał ludzkie odruchy. Czasami mam wrażenie, że autorzy zapominają o tym, że nie ma ideałów. Starają się zrobić jak największy kontrast między dwoma różnymi osobami, ale w efekcie wychodzi tania bajeczka.  W Bezbronnych nie ma o czymś takim mowy.

„Zawsze możemy szukać ucieczki w normalność – jeśli tylko zdołamy się jej uchwycić.”

Myślę, że Bezbronne można z powodzeniem i bez żadnych wyrzutów sumienia nazwać thrillerem z prawdziwego zdarzenia. Konstrukcja psychologiczna postaci jest bezbłędna, napięcie jest zachowane do ostatniego zdania, a temu wszystkiemu towarzyszy otoczka realistyczności – nic nie jest wymuszone. Sam pomysł osadzenia akcji na postoju przy autostradzie, okraszony potężną śnieżycą jest naprawdę dobry, choć na pierwszy rzut oka może się wydać nieco banalny.

„Nogi mieli szeroko rozrzucone, jakby śmierć pozbawiła ich resztek przyzwoitości.”

Kiedy zaczęłam czytać nie spodziewałam się po tej lekturze zbyt wiele, bo początek mnie nużył. Narracja w trzeciej osobie jakoś do mnie nie przemówiła. Opisy miejsc wydawały mi się napisane nieudolnie, bo za nic w świecie nie mogłam się zorientować w położeniu czegokolwiek, o dziwo, nawet w pomieszczeniu. Nie wiem czy to rzeczywiście kwestia umiejętności autora czy mojego braku jakichkolwiek zdolności topograficznych. Myślę, że wszyscy się zgodzimy, aby całą winę zrzucić na książkowy śnieg :D Poza tym nie czułam się „porwana” przez akcję, przynajmniej w ¼ części książki.

Jak już wszystko stało się dosyć klarowne (a było to mniej więcej w połowie), zastanawiałam się czym autor może mnie zaskoczyć przez kolejną połowę i jak wybrnie z zaistniałej sytuacji. Tak, to jest ten moment, kiedy czytelnik dostaje pstryczka w nos. Wtedy też zaczęłam srogo główkować jak potoczy się akacja, albowiem zostało ponad sto stron, a moment, na którym właśnie byłam wydawał się kulminacyjny.

„Wymówki są jak trucizna – powtórzył Ed. – Najtrudniej jest zrobić to, co należy. Wykpienie się od tego to łatwizna.”

Nerwy w strzępach, paznokcie obgryzione, ogólny wygląd zahipnotyzowanego zombie. A tu co? Fałszywy alarm. Dosłownie. Z dobrych kilka razy opłakiwałam bohaterkę i już się zastanawiałam kto teraz przejmie dowodzenie – autor mnie zaskoczył. Zaczęłam autentycznie przeżywać całą akcję – nie obyło się bez przekleństw  i huśtawki nastrojów (od satysfakcji po szał i niedowierzanie). Ta książka jest spowita mrokiem – pokazuje bohaterskie zachowanie, ale też niesamowite okrucieństwo, a wszystko to w wykonaniu człowieka. Niektóre momenty wstrząsają i nawet, jeśli wcześniej zwątpiłam w autora, to zwracam honor, bo napisał to wszystko tak, że siedziałam jak na szpilkach, dosłownie nawet nie drgając!

Czuję się wykorzystana i zrujnowana zarazem. Autor sobie ze mną pogrywał, za nic mając moje skoki ciśnienia i wręcz namacalny strach. Ja żyłam tą książką i myślę, że to jest dla niej najlepsza rekomendacja. Jest to pierwszy thriller, o zgrozo, na którym płakałam! A płakałam jak na powieściach Colleen Hoover (czy to jest normalne?), więc to coś znaczy. Każdy, kto czytał jakąkolwiek książkę od Pani Hoover, wie jak się na niej płacze. Miałam ochotę rzucić nią o ścianę i porządnie się na niej wyżyć za to jak autor zszargał moją stabilność emocjonalną. Nie potrafiłam uwierzyć, że Bezbronne mogą się tak skończyć. I co wtedy zrobił autor? Tak, znowu dał mi pstryczka w nos i jestem pewna, że tym razem z politowaniem.

Z całego serca chciałabym trafiać tylko na takie thrillery jak ten. Jest wyśmienicie poprowadzony mimo, że wszystko wokół jest surowe. Autor pokazał jak niewiele potrzeba, aby napisać dobrą książkę. Miejsca wielokrotnie się przewijały, bohaterów i przedmiotów było mało, a cała sytuacja wydawała się beznadziejna. Wiele analityki, wiele rozterek i wiele emocji. Mimo niezrozumiałego niedosytu, jestem pod ogromnym wrażeniem całokształtu.

W tym miejscu chciałabym pogratulować sobie za szczęście i życzyć takiego samego Wam! Musicie przeczytać tę książkę!<3





Tłumaczył Mariusz Gądek
Taylor Adams, Bezbronne, stron 368, Wydawnictwo Otwarte, 13 lutego 2019

★★★★★★★★★
 (wybitna)


Serdeczne podziękowania dla Wydawnictwa Otwartego za egzemplarz do recenzji!

Tutaj możecie nabyć swój: https://www.otwarte.eu/book/bezbronne
0

niedziela, 21 stycznia 2018

Przedpremierowo!!! "Kredziarz" C.J. Tudor






 Kredziarz jest zaopatrzony nie tylko w piękną okładkę (o tak, z jakże cudnym grzbietem, który będzie majestatycznie prezentował się na półce), intrygujący opis pobudzający zmysły do czerwoności czy chwytliwy, niebanalny tytuł. Jest również owiany niewątpliwie imponującą promocją medialną. Dzisiaj odpowiem Wam na następujące pytanie: Czy nie jest to aby zwykły gniot zapakowany w czarujący papierek?

Co można powiedzieć o Kredziarzu? Z pewnością nie to, że jest nijaki i banalny. Mnie kupił swoją specyfiką i bezkompromisową szczerością.

Takie debiuty to ja chcę zawsze, C.J. Tudor proszę pisz jak najwięcej takich Kredziarzy. 

„Ktoś mi kiedyś powiedział, że sekrety są jak odbyty. Wszyscy je mamy, ale jedne są brudniejsze od innych.”

Poza tym będzie długo i namiętnie, więc radzę uzbroić się w cierpliwość ;)




Dzieci i ryby głosu nie mają

Kreacja bohaterów to wielka zaleta tej historii. Każdy z nich ma zupełnie inną psychikę i osobowość, a to dało tej książce bardzo dużo. Nie oszukujmy się – w kryminale fundamentem jest ciekawa, nieoczywista i owiana mgiełką tajemnicy (rozwiązana zagadka musi mieć nierozwiązane wątki *ja tak to widzę*) zbrodnia, lecz zaraz po niej najbardziej kluczowi są bohaterzy, którzy towarzyszą nam do jej rozwiązania. A chyba nikt nie chciałby w tej kwestii flaków z olejem, które psują efekt finalny swoją cuchnącą nudą?

Tak więc cały efekt wypełniają naturalne i niewymuszone charaktery. Najlepszym posunięciem w tej książce – za to autorce należą się pokłony – było umieszczenie w niej dzieci. A dokładniej bandy dwunastolatków, do bólu szczerych i w pewnym sensie niewinnych, a wszystko to jak przystało na dzieci. Z perspektywy małego Eddiego poznajemy mieszkańców miasteczka – dorosłych z wieloma mrocznymi tajemnicami. Kolejnym plusem jest sama charakteryzacja paczki przyjaciół i jej różnorodności: inne charaktery, inna sytuacja materialna, inni rodzice i inne spojrzenia. Jestem pod wrażeniem bardzo wiarygodnych opisów dziecięcych spostrzeżeń, od razu rzuca się w oczy, że Autorka w tym temacie ma ogromne pole do popisu.

„Wszystko to były wymysły, ale plotki są jak zarazki. Roznoszą się i mnożą w mgnieniu oka i zanim się człowiek zorientuje, wszyscy są zarażeni.”

Kolejną interesującą kwestią jest opis rodziców. Mama i tata Eddiego są po trosze ekscentryczni i dziwni, w dobrym znaczeniu tego słowa, bo również są jakimś napędem tej książki i kolejną złotówką do jej bogactwa. Ona pracuje w klinice aborcyjnej, on natomiast jest pisarzem, któremu niezbyt się powodzi. Ona nie ma za wiele czasu dla syna, ale kocha go bezdyskusyjnie, a on jest totalnym hipisem i naprawdę spoko ojcem. Ojca polubiłam od razu – broda, koszule w kwiatki i pieczenie ciasteczek z synem, to jedynie nieliczne powody tej sympatii. Oprócz tego ukazany został jak – duży subiektywizm – osoba myśląca bardzo logicznie, a nadto dobra i taka naprawdę, sto procent ludzka. Pisząc to mam na myśli jego wady i słabości.

Poza tym zostaje matka Hoppa oraz rodzice Grubego Gava, można powiedzieć niebo a ziemia, bo różnią się diametralnie. Gwen jest niezbyt zamożna i wychowuje syna samotnie, pracuje jako sprzątaczka i chwyta się każdej możliwej fuchy, a z synem i psem żyją w brzydkiej i biednej dzielnicy. Co innego Gruby Gav – ma rodziców bogatych i gotowych spełniać wszystkie jego zachcianki, mieszka w pięknym domu z dużym zadbanym ogrodem i wszyscy mu zazdroszczą. Tutaj włącza mi się temat rzeka – Gwen poświęca całe swoje życie pracy, która tak naprawdę nie daje jej w efekcie nic. Poza tym jest cicha, z lekka zacofana i „zawsze mówi, jakby kogoś przepraszała”. Zgrozą i szczerą niechęcią napawa mnie niesprawiedliwość tej książki, ale co można powiedzieć? To po prostu samo życie. Mimo wszystko „fajnie” pokazana jest przyjaźń bez podziałów – dla dzieci nie jest ważne ile masz pieniędzy, ani też jakiej jesteś płci.



Wyjęty cytat z Biblii

„Może jednak Kościół upodobnił się do centrów handlowych w większym stopniu, niż myślałem. Niestety, mój koszyk jest nadal pusty.”

Innym rodzicem okazał się wielebny Martin i zapewniam Was, że takim, którego nie życzyłabym nikomu. Jest on ukazany bardzo negatywnie i też tak zostaje odebrany. Mężczyzna to konserwatysta do wyrzygania, zaślepiony ideologią i myślący zupełnie nieracjonalnie. A największy nacisk kładłabym na to, że on po prostu tonął w hipokryzji, a dokładniej w hektolitrach hipokryzji. Albowiem wielebny okazał się zakłamanym egoistą.

„Gdy teraz o tym myślę, to wydaje mi się, że tak jak wielu radykałów, ci ludzie naprawdę wierzyli, że robią coś dobrego, że przyświeca im jakiś wyższy cel. Tym łatwiej było im usprawiedliwić wszystkie paskudne rzeczy, do jakich się posuwali.”

Autorka baaardzo dużo czasu poświęciła religii, za co od niektórych, jestem pewna, zbierze solidne cięgi. Co tu dużo mówić? W ten temat (i moje osobiste poglądy, zbieżność maksymalna) wstrzeliła się bardzo dobrze i tak samo uraczyła nas złotymi myślami. Chcąc nie chcąc nie można się z nią nie zgodzić, bo spostrzeżenia są tak trafne jak żadne inne, które wcześniej miałam okazję przeczytać. I tutaj chciałabym powiedzieć, że jestem zachwycona tą książką, BO jest tak mądra, ciekawa i zwyczajnie dobra, że aż chce się więcej takiej literatury.

A jeśli chodzi o aktualności, to jak już wspominałam wcześniej, przewinął się również temat aborcji, a co z tym idzie demonstracji. Zderzenie dwóch zupełnie innych planet o różnych poglądach. Tutaj również ciekawa kwestia, więc ponownie zachęcam do osobistego zapoznania się z nią.



Co mały Eddie zrobił, dorosły Ed nie zapomni

Narrator jest tylko jeden i jest nim wspomniany Ed, aczkolwiek narracja ma dwie perspektywy – małego chłopca i dorosłego mężczyzny. Swoją drogą język powieści jest niewymuszony i lekki, co sprawia, że czyta się szybko i przyjemnie. Różnica czasu to 30 lat, przy czym lata dzieciństwa to wspomnienia, z których zapoznajemy się z całą historią. Ten zabieg okazał się być kolejnym korzystnym posunięciem Autorki. Na początku o wiele bardziej podobała mi się historia z perspektywy chłopca, aczkolwiek później obie przeplatały się tak irytująco ciekawie, że nie zwracałam już na to najmniejszej uwagi. Co najlepsze – Autorka wyczuwała moją ciekawość tak perfekcyjnie, że kiedy już nie mogłam wysiedzieć, a moje nerwy zostały porządnie zszargane, ona kończyła i przenosiła mnie z powrotem w teraźniejszość, bądź przeszłość w zależności od tego, gdzie akurat byłam.

„Nic tak nie gasi w człowieku zapału do urżnięcia się w trupa jak kontakt z innym pijakiem.”

Ed trochę przypominał mi bohaterkę Dziewczyny z pociągu, bo jak możecie się domyślić, za kołnierz to on nie wylewał. Poza tym czułam się dobrze w jego towarzystwie i bardzo odpowiadały mi jego niezwykłe (żeby nie napisać specyficzne :D) poczucie humoru i osobowość. Szczerze go polubiłam, mimo że czasami postąpiłabym inaczej niż on. Osobą był naprawdę okej, ale z żalem muszę przyznać, że jego dorosłe życie było nudne i nijakie (niestety). Nie miało to jednak wpływu na akcję i jej zawrotne tempo.

Widać tutaj też niemałą przemianę wszystkich postaci. Z beztroskich dzieciaków przeistaczają się w dorosłych ludzi, z bagażem doświadczeń i traumatycznych wspomnień.

Poza tym jak na „przeciętny” kryminał, to śmiertelność jest tu nieprzeciętna. Śmierci w tej książce jest tyle, co trafnych spostrzeżeń. Pal licho same umieranie, gorszy jest jego sposób. Ja po tej książce jestem autentycznie wystraszona perspektywą starości, bo – O tak, moi mili! – nie wszyscy tam umierali wskutek morderstwa. I może jestem dziwna, ale te drugie sposoby mną wstrząsnęły o wiele bardziej. Te wszystkie choroby to kolejne okropieństwo, które z rzeczywistością ma, nad czym ubolewam, wiele wspólnego.

Wiecie dlaczego ta książka może bez żadnej skazy przyjąć tytuł wybitnego thrillera psychologicznego? Podczas czytania opisów i przemyśleń ja naprawdę to czułam. Byłam wprost oczarowana zdolnościami pisarskim i spostrzegawczością Autorki, która pisała jak świetny psycholog. Bardzo trafnie zostały ukazane słabości i wady ludzkie, a także wpływ społeczeństwa, rodziców i sytuacji na bohaterów. Nie wiemy co my byśmy zrobili w danej sytuacji i możemy się tylko tego domyślać. Bardzo łatwo jest coś oceniać, będąc (brzydkim) ignorantem.



Matematyka i stereotypy

O dwóch rzeczach, z którymi się nie lubię. Tytułowy Kredziarz wydał mi się postacią mistyczną i trochę nie pasującą do całej akcji (gdy go poznałam), aczkolwiek nie bez powodu miał on w książce swoje miejsce. Nawet, jeśli do tej pory zastanawiam się nad jego rolą i tym, dlaczego „został tytułem książki” – właśnie po napisaniu tego zdania mam już hipotezę (cała ja). W każdym razie uwielbiam tę postać na równi z Edem i jego ojcem, serio. Pan Halloran to nauczyciel po trzydziestce zakochany z wzajemnością w szesnastolatce, a co z tym idzie obleśny pedofil, nadający się do spalenia na stosie! Ludzie dobrej woli mimo swej całej niezmierzonej miłości do bliźniego, prawdziwi i szanujący się chrześcijanie, plują mu w twarz. Wyczuwam hipokryzję, Wy też? Żałuję, że Autorka poświęciła mu tak mało miejsca, bo był on naprawdę dziwaczną postacią, którą polubiłam, a która (MINI SPOILER ALERT!) skończyła smutno i tragicznie. Może mam wypaczone poczucie romantyzmu, ale ten wątek był piękny i urzekający. Poświęciłam mu kilka (w dużym, ogromnym, gigantycznym cudzysłowie) łez.

„ Musisz zrozumieć, że bycie dobrym człowiekiem nie polega na śpiewaniu hymnów czy modleniu się do jakiegoś mitycznego bóstwa. Nie chodzi o noszenie krzyżyka i chodzenie co niedziela do kościoła, ale o to, jak traktujesz innych ludzi. Dobry człowiek nie potrzebuje religii, bo wystarczy mu przekonanie, że postępuje właściwie.”

Jak się okazuje (brakowało mi tego w literaturze) Autorka poświęciła sporo czasu również na kwestię dużej różnicy wieku w „związkach”, a jednak nie oceniała ich. Były w tej książce trzy takie pary, każda ukazana inaczej. Wiem, że robię się nudna, ale naprawdę warto przeczytać tak piękną i wartościową książkę! Kto by pomyślał, że tak opiszę thriller, a jednak...

Co mi się nie podobało

Jeśli chodzi o to, co mi się nie podobało, to jest również kilka rzeczy:
©     Niezakończone wątki lub zakończone nie tak jak chciałam (wiem, że zachowuję się jak rozkapryszona dziewczynka, ale to wina tak świetnej książki :p). W niektórych był ogromny potencjał i z całego serca żałuję, że nie mogłam przeczytać o nich choć kilka(dziesiąt) kartek więcej.
©     Relacja Chloe z Edem. Myślałam w swej romantycznej głupocie, że może coś między nimi będzie, bo tak „fajnie” się dogadywali i w ogóle, no ale cóż… Jest mały zawód.
©     To jest coś w stylu podobało mi się bardzo, ale nie podobało mi się wcale. Prawda jest taka, że jestem obrzydliwą marzycielką i idealistką i … nie mogę za nic pogodzić się z przemijaniem ludzi i miejsc i za każdym razem to boli mnie tak samo. Gdy czytałam jak wszystko zmieniło się po tych trzydziestu latach, to z trudem powstrzymywałam łzy żalu. Tutaj Autorka mnie złapała i dobiła.
©     Zbyt mało… wszystkiego. Mam ogromny niedosyt połączony ze świadomością nieuchronnego. Wiadomo samo przez się, że wszystko się kończy i zmienia, ale ciężko mi było się z tym pogodzić. Czułam się tam tak dobrze, że z przykrością patrzę na tylną stronę okładki Kredziarza.

„Problem w tym, że prawdy nie można sobie wybrać. Prawda ma to do siebie, że po prostu jest.”

Z drugiej strony cieszę się, że ta książka jest właśnie taka, a nie inna. Nie zmieniłabym w niej nic, pomimo, że nie wszystko mi się podobało.

Książka porusza wiele ważnych i aktualnych problemów, myślę, że warto zapoznać się ze spojrzeniem, które prezentuje.

Podsumowując

Kredziarz to wyjątkowo mądra i wartościowa, a zarazem słodko-gorzka historia, którą zapamiętam na długi czas i pewnie niejednokrotnie do niej wrócę. Jest w niej wiele tematów kontrowersyjnych, wiele trudnych wyborów, ogrom emocji i świetnie ukazana psychologia człowieka. Ja pokochałam ją za bezkompromisowość i specyfikę, a także za człowieczeństwo, które jest w niej zawarte. Jestem absolutnie i bezdyskusyjnie oczarowana tą historią i polecam ją wszystkim bez wyjątku!



Tłumaczył Piotr Kaliński
C.J. Tudor, Kredziarz, stron 384, Wydawnictwo Czarna Owca, 28.02.2018

★★★★★★★★★★
16
Szablon stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.